Pachnąca półka

Pachnąca etykieta butelki z winem? To nie sen, to aroma-marketing. Nawet, jeśli na razie papierek wydziela woń lizaka, a nie cabernet sauvignon

Często dostaję materiały prasowe od producentów starających się wprowadzić swe wina na polski rynek. Relatywnie rzadko są one w języku polskim, a jeśli już, ten pozostawia zwykle wiele do życzenia. Dlatego, gdy kilka dni temu znalazłem w skrzynce mailowej list zawierający zdanie „Etykieta ma miły, delikatny, słodki zapach, co w szczególności robi miłe wrażenie na sklepowej półce” nie omieszkałem odpisać nadawcy, że sformułowanie to brzmi co najmniej karkołomnie. Po kilku minutach przyszła odpowiedź wyprowadzająca mnie z błędu. To co wziąłem za językowy lapsus jest absolutną prawdą. Bodega (bo firma jest hiszpańska) zastosowała coraz popularniejszy aroma-marketing i rzeczywiście nasyciła etykietę substancją zapachową.
Rozpocząłem wymianę maili z miłą panią Magdą, z której dowiedziałem się, że etykieta nie ma jednak zapachu tożsamego z winem (słodkim) zamkniętym w butelce – pachnie po prostu… klasycznym lizakiem.

Nie mnie oceniać, czy to akurat przyciągnie potencjalnych klientów. Zakładam, że aroma-marketing jest może i innowacyjną gałęzią marketingu, jednak opiera się o badania prowadzone przez specjalistów. Ma być lizak – niech będzie lizak.
Szybki research odpowiedział mi na pytanie, że aroma-marketing ma się nieźle także i w Polsce. Na naszym rynku działa co najmniej kilka firm specjalizujących się w tej dziedzinie nawijania makaronu na uszy. W zakresie swych obowiązków mają neutralizację nieprzyjemnych zapachów (doskonale to rozumiem – skisła, zatęchła smażalniana woń panująca w jednych z żoliborskich delikatesów przyprawia mnie notorycznie o mdłości; sklep omijam szerokim łukiem, a jeśli jestem zmuszony skorzystać z jego usług ograniczam czas pobytu w placówce do minimum), nasycanie wnętrz zapachami przyjemnymi, które skłaniają nas do dłuższego pozostania w miejscu poddanym działaniu aroma-marketerów i wreszcie perfumowanie gadżetów reklamowych, czy określonych produktów.

Jednak pewnie nikt nie próbował tego jeszcze w Polsce z winem. Szczerze mówiąc nie bardzo potrafię wyobrazić sobie rozwój tej akurat gałęzi aroma-marketingu. Oczywiście, oczyma wyobraźni widzę idealną sytuację, w której każde wino ma etykietę nasyconą nieprzemijającym i nieewoluującym zapachem tożsamym z wonią, jaka wydobywa się z kieliszka tuż po nalaniu pierwszej porcji wina zaraz po otwarciu. W świecie bardziej idealnym niż idealny w różnych miejscach etykiety możemy odnaleźć zapachy tożsame z tymi, jakie wino wydzielać będzie po 20 minutach w kieliszku ale też po godzinie, dwóch, pięciu w karafce…

Na razie możemy jednak spodziewać się, że etykieta jednego wina na półce pachnie lizakiem, tuż obok znajdujemy jednak flaszkę waniającą np. stodołą, nutą petrolu czy – w końcu klasycznych dla niektórych odmian winorośli – niuansem kocich siuśków. Taki melanż może zakończyć się aromatyczną katastrofą.

Zabawne jest to, że winiarnia, która wpadła na pomysł nasycenia etykiety zapachem lizaka to nie jakaś tam, kolejna bodega, ale firma należąca do gwiazdora FC Barcelona, Andersa Iniesty. Pisząc te słowa patrzę jednym okiem na relację ze Stamford Bridge. Mecz dobiega końca, leje, Iniesta z kolegami miota się bezskutecznie między The Blues. Ciekawe jak pachnie?
Trwa ładowanie komentarzy...